9 Lipca. Czeremchy. Na uczelni
Blog: 9 lipca

Czeremchy. Na uczelni. 9 Lipca (3)

 Czeremchy. Na uczelni. 9 lipca (3)

 3

Na uczelni. 9 Lipca

Co ja tu jeszcze robię w taki upalny dzień? Już nawet woda mineralna mi się skończyła. Wszystko pozałatwiałem. Mogę spokojnie wyruszyć na wakacje. Jakoś bez entuzjazmu ta Francja.
– To co? Wakacje – rzucił od progu kierownik naszego zakładu, prof. Leśniak – jednak nie widzę radości u ciebie.
– Gorąco trochę…
– Ale jedziesz do jeszcze cieplejszego kraju? I chyba na południe? – szef, chociaż wiedział, to dopytywał z wesołą miną.
– Ale tam będę mógł siedzieć w klimatyzowanych pomieszczeniach – odparłem.
– No nie mówi mi, że będziesz siedział wyłącznie w hotelu, czy jakimś innym… –  oponował jowialnie.
– Oczywiście że nie. Będzie trochę pracy, z ojcem, ale też zabiera się z nami mama i Tunia z mężem – cieszą się, że sobie pogadamy, pozwiedzamy.

Tunia, to moja młodsza o trzy lata siostra i jej mąż Natan (Natanael), a mój serdeczny przyjaciel od pieluch – jak go określałem.

– Rodzice też się cieszą, że jedziemy razem, chociaż może bardziej mama. Ojciec nie jest zadowolony, gdyż mama trochę na siłę się wprosiła. Jak pan profesor wie, od dawna już rodzice nie jeżdżą razem na wakacje.
– Tak, wiem. Ale najważniejsze, że żyją w przyjaźni, rozmawiają…
– To różnie wygląda, ale tym razem ojciec nie oponował stanowczo, bo poza odpoczynkiem chce pozałatwiać jakieś sprawy służbowe, związane z działalnością hotelu. I tym wytłumaczył rozdzielenie się z mamą i resztą rodziny, już tam na miejscu. A mnie chce zabrać ze sobą. Na razie toczą się boje o to, w której „grupce” się znajdę. Nie wiem jeszcze, jak to rozegram?
– Najlepiej trochę tu, a trochę tu – filozoficznie rzucił profesor. Z uśmiechem pokiwałem głową.

9 Lipca. Czeremchy. Na uczelni
Lazurowe Wybrzeże

Mieliśmy tam od kilkudziesięciu lat swoją niedużą posiadłość na Lazurowym Wybrzeżu: hotel z dostępem do plaży, zatem w tamtym rejonie bywaliśmy bardzo często. We Francji mieliśmy jeszcze kilka obiektów, m.in. hotel w Paryżu (pozostałość po pradziadkach ze strony babci z XIX w., wielokrotnie przebudowywany), w Prowansji uroczy pensjonat i inne.

Już jako dziecko często bywałem we Francji z rodzicami.

Później jeździłem tam wiele razy z różnymi dziewczynami, ale częściej były to wypady do Paryża. Studiowałem też na Sorbonie, podobnie jak mój tata i dziadek, uzyskując francuski dyplom, dlatego czułem się tam dobrze i swobodnie.
– Powinno być wszystko w porządku, jak pan wie, wciąż jest tam coś do zwiedzania, mają tyle pięknych zakątków.
– Tak, tak – zgodził się profesor – moja żona po każdej podróży do Francji, jest zachwycona. Ale nie wiem, czy ten zachwyt nie jest podparty gratisowym i w dodatku tak luksusowym hotelem. Nieustannie jesteśmy wam wdzięczni, wspomnij o tym ojcu… – profesor poklepał mnie po ramieniu.
– Jasne, wspomnę, ale dla nas to nie jest jakaś strata, jeden pokój – zapewniłem z grzecznością mojego ulubionego profesora.

Miał do mnie ojcowski stosunek i zawsze był pomocny, we wszystkim.
– No i dziadkowie zawsze bardzo się cieszą na państwa wizytę – dodałem szczerze. – Odkąd znów wyjechali do południowej Prowansji, tęsknią za nowinkami z kraju, za towarzystwem… Mówili, ze pogoda tam łagodniejsza, ale brakuje im rodziny…, naszych problemów…
– Jak to na emeryturze – wtrącił profesor – będziecie musieli poświęcić im trochę czasu.
– Tak naturalnie, a tatę, to dziadek nawet przepytuje z podejmowanych decyzji, pyta o różne projekty. Poza tym, trochę pozwiedzamy, trochę poleniuchujemy na plaży; ojciec też zapowiadał i odkładał liczne rozmowy ze mną. Mówił: „Porozmawiamy podczas wakacji”. Często prosi mnie również o uczestniczenie w rozmaitych zawodowych rozmowach, lubi słuchać moich komentarzy i sugestii.

Pakowaliśmy różne swoje rzeczy, jak to przed wakacjami. Szef również upychał swoją wielką teczkę, którą zawsze z sobą nosił.

Po chwili zapytał:
– A później, w sierpniu, Norwegia, nadal aktualna?
– Tak, jadę z przyjaciółmi oglądać fiordy i nieco się schłodzić na lodowcu.
– Świetnie, świetnie… – zakończył profesor. – Pamiętaj, żeby przed wyjściem oddać w sekretariacie projekt sprawozdania z grantu. I przypomnij sekretarce, żeby przypilnowała Krawczyka – jak zwykle szef myślał o wszystkim.
– Tak, wiem, kolega doktor Krawczyk musi dopisać swoją część…

A potem, do domu. Nie chce mi się pakować na wyjazd, ale Tunia obiecała pomoc. No i niezawodna Benia – moja niania i opiekunka z dzieciństwa, która teraz prowadzi mi dom.

Dlaczego właściwie nie pojadę dokądś z Malwiną? Ciekawe jakby rodzice zareagowali, gdybym powiedział, że zabieram z sobą jakąś dziewczynę? Ojciec pewnie by zaakceptował moją decyzję od razu. Pewnie ucieszyłby się, że przestałem szukać mojego „blond warkoczyka” i znormalniałem. A mama pewnie przez dłuższą chwilę nie mogłaby złapać oddechu ze zdziwienia, że to już poważniejszy związek, jeżeli chcę dziewczynę przedstawić rodzinie. No i wszyscy byliby jej bardzo ciekawi: czy przypomina wymyślonego przeze mnie dawno temu „blond warkoczyka”, czy nie. Tyle lat minęło… Zaraz, kiedy to było? Byłem wtedy jeszcze dzieckiem! Potem, po doktoracie, ten metafizyczny sen!

3

  Czeremchy. Dziś, 9 lipca.

 Nie zakochałam się. Chociaż myślałam o tym, czy się kiedyś zakocham? I czy on będzie mnie kochał? Z przykrością myślałam, że wprawdzie jest to możliwe, ale dlaczego tak rzadko zdarza się w życiu? Jedynie w powieści, na filmie, ale i tam różnie bywa; ostatnio nawet częściej pokazują nieszczęśliwe związki, rozwody, tragedie.

Czasami myślałam o wspaniałym chłopcu, mężczyźnie, który wcale nie będzie przypominał mojego ojca lub znajomych z dzieciństwa i który z czasem, jak dorastałam, nabierał dodatkowych cudownych cech. Był po prostu ideałem, że prawie  zakochałam się w samej idei. Tę ideę nosiłam gdzieś głęboko i nie zdradzałam się z tym. Na pytanie koleżanek:
– Dlaczego tak przebierasz i kogo ty właściwie szukasz?
Wzruszałam ramionami, bo sama nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Najczęściej mówiłam:
– Nie mogę się w nikim zakochać, zresztą… mam na to jeszcze czas. Wówczas nie byłam nawet pełnoletnia. Koleżanki były nieco starsze.

– Zobacz, Kasia już ma trzeciego? A może czwartego chłopaka, a ładna nie jest… – rzuciła Magda.
– Ale to chyba nie zależy od urody – oponowałam – tak przynajmniej twierdzi moja mama i ciocia.
– Co ty? Zależy! – wtrąciła energicznie Anka. A Magda dodała:
– Nawet bardzo zależy! Zobacz jakie masz powodzenie, a ona nie.
– No właśnie. Teraz niechcący przyznałaś mi rację – upierałam się. – Może Kasia rzeczywiście nie jest urodziwa, a ma już czwartego chłopaka, a ja nie mam.
– Bo jesteś zbyt nieśmiała – krytycznie spojrzała na mnie Magda – najpierw trzeba się odważyć, a potem już samo poleci.
– Przecież nie musisz iść z nim od razu, no wiesz, sam na sam – i tu przewróciła zabawnie oczami Anka. – Najpierw przespaceruj się z nim, porozmawiaj…

W myślach odtwarzałam sobie te spacery w grupach i rozmowy, gdy chłopcy próbował mnie objąć lub nawet pocałować… A co by było, gdybyśmy byli sami?

Powiedziałam jednak co innego:
– Ale ja tak mało mam czasu.
– No bo sobie za dużo nabrałaś – wyrzucała mi Magda. – To pewnie przez twoją ciotkę? Wiesz, ona nauczycielka, to myśli, że dzieci powinny się tylko uczyć i uczyć…
– No, nawet jak są już dorosłe! – dodała rozbawiona Anka.

A ja bałam się, że jeśli się z kimś spotkam, to wkrótce będę w ciąży. Właściwie wiedziałam, że musi coś innego się wydarzyć, żeby zajść w ciążę, ale bałam się jednocześnie, że on wymusi na mnie pocałunki i nie wiem co jeszcze??? Zresztą do małżeństwa się nie śpieszyłam, raczej byłam niechętna w ogóle zamążpójściu, gdy widziałam nieudane małżeństwo moich rodziców. Ale jednak…

Czeremchy

9 Lpca. Czeremchy. Na uczelni
Gałązka czeremchy

Wiosną, jako dziewczynka, chodziłam pod czeremchy, smrodynie lub smrodyle, jak u nas mówili, ponieważ intrygował mnie ich zapach. Rosły u nas takie trzy w kupce, kilkadziesiąt metrów od domu. Zastanawiałam się, czy kwiaty czeremchy pachną czy śmierdzą? Nie mogłam się zdecydować, ale czułam, że jestem w jakiś sposób uwiedziona tym zapachem. I właśnie w tym miejscu zaczęłam myśleć o chłopakach…

– Odwiedziłaś już smrodynie? – zabawnie dopytywała mama – bo wiesz, jak im nie zaśpiewasz, to nie zakwitną.

Gdy byłam bardzo małą dziewczynką, to zwierzyłam się mamie, potem cioci, że jeśli zaśpiewam im o czeremchach, to one natychmiast zakwitają. Znałam takie dwie piosenki, w których było coś o miłości, o spotkaniach, o ślubie nawet…

Tam poczułam pierwszą tęsknotę za chłopcem, ale takim trochę starszym, żeby nie był tak głupi jak moi koledzy. I wtedy wydawało mi się, że już wszystko wiem o miłości i wszystko rozumiem. To było pod koniec szkoły podstawowej (z tym, że o dwa lata wcześniej zaczęłam naukę).

Najpierw obwieściłam to cioci:
– Wiesz ciociu, kiedyś prosiłaś mnie, żeby ci od razu o tym powiedzieć…, no wiesz… – trochę plątałam się.
–  O czym Ikuniu?
– Nie pamiętasz? O tęsknocie do kogoś, no nie wiem, jak to powiedzieć…
– Aa, że czujesz pociąg do jakiegoś chłopca? – jasno określiła mój stan ciocia Luiza.
– Niezupełnie. To znaczy, wiesz, lubię Dawida, ale znam go już tak długo, a teraz, to myślę, to znaczy czuję, że go lubię… i w ogóle… – zakończyłam tę nieskładną myśl.
– Rozumiem – śmiała się ciocia – lubisz go i lubisz go w ogóle. Chyba wiem, co się z tobą dzieje. Wydaje mi się, że przechodziłam przez to niedawno, a już tyle lat minęło – zakończyła poważnie.

Okazało się później, że niewiele wiem o relacjach damsko-męskich.

Uzupełniałam tę wiedzę, uzyskaną w największym stopniu od cioci i trochę od mamy, wiedzą teoretyczną z książek, a o praktyce wciąż nic nie wiedziałam. Bardziej zaczęły mnie interesować filmy o miłości i rozmowy dojrzałych kobiet o mężczyznach. Czekałam na tego jedynego, którego obdarzę najpiękniejszą i najgorętszą miłością, a on będzie na to zasługiwał. Czułam, że to kiedyś musi się zdarzyć, wystarczy dorosnąć. I będzie to miłość prawdziwa i wielka, jakiej nie widziałam w moim otoczeniu i o jakiej świat nie słyszał.

 

Achatoja, 6.01.2022

Zob. poprzednie wpisy: 9 Lipca. On i Ona. Czyli dwa światy
oraz W starym i nowym miejscu. 9 Lipca

Kilka słów o autorze.